... James z gryfonką z jego rocznika, Vickey Versne (francuzką). Nie że normalnie rozmawiali, oni się c a ł o w a l i !
- Yyy... James? - powiedział Albus z trudem powstrzymując wybuchnięcie śmiechem. On nie zareagował, był zbyt pochłonięty tym co robi. Al nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem.
- Jamesie Syriuszu Potterze! Co ty ROBISZ?! - zawołał płaczący ze śmiechu brunet. Dopiero teraz trzecioklasista zareagował. Odskoczył od dziewczyny jak oparzony.
- Nie mogliście się umówić do Hogsmade? - zawołał tarzający się ze śmiechu Albus.
- Co ty robisz w klasie od zaklęć o tej porze? - zapytał niepewnie Jim. Albus uniósł brew.
- Mam dodatkowe zaklęcia.
- Jammy, mówileś, że o tej porze pusto tu! - krzyknęła Vickey z francukim akcentem.
- Przepraszam, kotk... - Albus przerwał mu.
- Proszę, nie mówcie do siebie "kotku", bo zwymiotuję...- jego starszy brat nie wytrzymał.
- Martiocedio! - Al stał nie wzruszony.
- Naprawdę jesteś takim idiotą? Każdy głupi wie, że te płomienie są niegroźne. - zarymował. Do klasy weszła prof. Cherks, akurat po ugaszeniu zimnych płomieni przez Albusa.
- Potter, Versne, co tu robicie? Mam lekcje z Alem. Do dormitorium, ale już!
- Dobrze proszę pani. - powiedział James. Odeszli. Lekcja była dość ciekawa. I obrzydliwa. Albus nauczył się rzucać zaklęcie na wymioty. Kiedy szedł do wieży nie spotkał nikogo. W pokoju wspólnym zastał Scorpiusa i Treya. Odrabiali zielarstwo.
- Cześć Al! Jak było na zajęciach?
- Yyyy... obrzydliwie.
- Dlaczego?
- Z dwóch powodów. Uczyłem się zaklęcia na wymioty.
- Fuuu! - zawołał Scorpius
- A druga rzecz?
- James się całował w klasie jak do niej poszedłem!- powiedział.
- CO?! - zawołał Trey. On i Scorpius krztusili się ze śmiechu.
- Oemgie, wy ciągle odrabiacie zielarstwo?
- Jak jesteś taki mądry, to powiedz coś o Vomitusach. - Albus zareagował śmiechem.
- Wywołują wymioty.- powiedział krótko.
- Haha, ale śmieszne! My nie oberwaliśmy zaklęciem niedorozwiniętego umysłowo ślizgona! - zawołał zirytowany Trey. Albus nie zareagował.
- Idę się przejść. - powiedział w końcu. Pobiegł po mapkę, rzucił na siebie zaklęcie kameleona i zanim się obejrzał, siedział przy "ołtarzu". Godziny mijały jak minuty, minuty jak sekundy, sekundy jak nanosekundy, nanosekundy jak... coś jeszcze mniejszego. Słowem, siedział tam do północy. "Dziwne, widzę przed sobą zielone światło" pomyślał. Po czym wzruszył ramionami. Dotarł do wieży.
- Lwia odwaga. - mruknął. Portret grubej damy uchylił się. Al myślał, że nikogo nie zastanie, ale w pokoju wspólnym siedział James i... no właśnie. Vickey. To było bardzo idiotyczne miejsce, jak na romantyczny wieczór, zwłaszcza, że jakiś uczeń mógłby zejść po wodę. Al wyminął ich cichcem. Jakim cudem? Rzucił na siebie zaklęcie ciszy. Inaczej zapewne obudziłby wszystkich z Gryffindoru swoim histerycznym śmiechem. W dormitorium spali PRAWIE wszyscy. Scorpius i Trey siedzieli na łóżkach. Gdy zobaczyli Ala, zaniemówili.
- Po pierwsze. Gdzie byłeś?
- Na spacerku.
- Po drugie. Przyszedł do ciebie list.
- Ok,
- Po trzecie. Chłopie! Oczy ci świecą! - szepnął Trey.
- CO?! - Faktycznie, w pokoju było dziwnie jasno. Nagle Scorpius wybuchnął śmiechem.
- Jakim zaklęciem to zrobiłeś? Ja też tak chcę!
- Ale ja tego nie zrobiłem! - zawołał Al. - Co nie zmienia faktu, że jest takie zaklęcie.
- Oki, oki. Nie tłumacz się już. Otwórz list. Albus otworzył złotą kopertę, wyjął szkarłatny pergamin zapisany złotym tuszem.
otkajmy się przy wejściu na strych, jutro o północy. Bądź sam.
***************************
Sorry, że tak krótko, ale zabrakło mi weny na rozwinięcie. Co do początku, zrobiło mi się niedobrze XD .
Super blog, naprawdę bardzo fajnie opisujesz! Liczę na dalsze rozdziały ;)
OdpowiedzUsuń