lolek

https://www.youtube.com/watch?v=YxIiPLVR6NA&autoplej=1&kolorek=ff244a&lup=1&typek=3

czwartek, 17 kwietnia 2014

Sekret Jamesa Rozdział XIV

... James z gryfonką z jego rocznika, Vickey Versne (francuzką). Nie że normalnie rozmawiali, oni się  c a ł o w a l i !
- Yyy... James? - powiedział Albus z trudem powstrzymując wybuchnięcie śmiechem. On nie zareagował, był zbyt pochłonięty tym co robi. Al nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem.
- Jamesie Syriuszu Potterze! Co ty ROBISZ?! - zawołał płaczący ze śmiechu brunet. Dopiero teraz trzecioklasista zareagował. Odskoczył od dziewczyny jak oparzony.
- Nie mogliście się umówić do Hogsmade? - zawołał tarzający się ze śmiechu Albus.
- Co ty robisz w klasie od zaklęć o tej porze? - zapytał niepewnie Jim. Albus uniósł brew.
- Mam dodatkowe zaklęcia.
- Jammy, mówileś, że o tej porze pusto tu! - krzyknęła Vickey z francukim akcentem.
- Przepraszam, kotk... - Albus przerwał mu.
- Proszę, nie mówcie do siebie "kotku", bo zwymiotuję...- jego starszy brat nie wytrzymał.
Martiocedio! - Al stał nie wzruszony.
- Naprawdę jesteś takim idiotą? Każdy głupi wie, że te płomienie są niegroźne. - zarymował. Do klasy weszła prof. Cherks, akurat po ugaszeniu zimnych płomieni przez Albusa.
- Potter, Versne, co tu robicie? Mam lekcje z Alem. Do dormitorium, ale już!
- Dobrze proszę pani. - powiedział James. Odeszli. Lekcja była dość ciekawa. I obrzydliwa. Albus nauczył się rzucać zaklęcie na wymioty. Kiedy szedł do wieży nie spotkał nikogo. W pokoju wspólnym zastał Scorpiusa i Treya. Odrabiali zielarstwo.
- Cześć Al! Jak było na zajęciach?
- Yyyy... obrzydliwie.
- Dlaczego?
- Z dwóch powodów. Uczyłem się zaklęcia na wymioty.
- Fuuu! - zawołał Scorpius
- A druga rzecz?
- James się całował w klasie jak do niej poszedłem!- powiedział.
- CO?! - zawołał Trey. On i Scorpius krztusili się ze śmiechu.
- Oemgie, wy ciągle odrabiacie zielarstwo?
- Jak jesteś taki mądry, to powiedz coś o Vomitusach. - Albus zareagował śmiechem.
- Wywołują wymioty.- powiedział krótko.
- Haha, ale śmieszne! My nie oberwaliśmy zaklęciem niedorozwiniętego umysłowo ślizgona! - zawołał zirytowany Trey. Albus nie zareagował.
- Idę się przejść. - powiedział w końcu. Pobiegł po mapkę, rzucił na siebie zaklęcie kameleona i zanim się obejrzał, siedział przy "ołtarzu". Godziny mijały jak minuty, minuty jak sekundy, sekundy jak nanosekundy, nanosekundy jak... coś jeszcze mniejszego. Słowem, siedział tam do północy. "Dziwne, widzę przed sobą zielone światło" pomyślał. Po czym wzruszył ramionami. Dotarł do wieży.
- Lwia odwaga. - mruknął. Portret grubej damy uchylił się. Al myślał, że nikogo nie zastanie, ale w pokoju wspólnym siedział James i... no właśnie. Vickey. To było bardzo idiotyczne miejsce, jak na romantyczny wieczór, zwłaszcza, że jakiś uczeń mógłby zejść po wodę. Al wyminął ich cichcem. Jakim cudem? Rzucił na siebie zaklęcie ciszy. Inaczej zapewne obudziłby wszystkich z Gryffindoru swoim histerycznym śmiechem. W dormitorium spali PRAWIE wszyscy. Scorpius i Trey siedzieli na łóżkach. Gdy zobaczyli Ala, zaniemówili.
- Po pierwsze. Gdzie byłeś?
- Na spacerku.
- Po drugie. Przyszedł do ciebie list.
- Ok,
- Po trzecie. Chłopie! Oczy ci świecą! - szepnął Trey.
- CO?! - Faktycznie, w pokoju było dziwnie jasno. Nagle Scorpius wybuchnął śmiechem.
- Jakim zaklęciem to zrobiłeś? Ja też tak chcę!
- Ale ja tego nie zrobiłem! - zawołał Al. - Co nie zmienia faktu, że jest takie zaklęcie.
- Oki, oki. Nie tłumacz się już. Otwórz list. Albus otworzył złotą kopertę, wyjął szkarłatny pergamin zapisany złotym tuszem.

                        otkajmy się przy wejściu na strych, jutro o północy. Bądź sam.

                                                  ***************************
Sorry, że tak krótko, ale zabrakło mi weny na rozwinięcie. Co do początku, zrobiło mi się niedobrze  XD .

niedziela, 13 kwietnia 2014

Lew, borsuk, kruk i wąż Rozdział XIII

Albus nareszcie wyszedł ze skrzydła szpitalnego. Miał rękę na temblaku i bardzo szybko się męczył.  Pani Bones powiedziała, że nie zagrozi to jego mocą w przyszłości, ale na razie (przez następne dwa miesiące) nie może grać w quidditha i nie może chodzić na dodatkowe zajęcia (też przez dwa miesiące). Cóż, może wyzdrowieje przed wielkim finałem! Bardzo martwił się jednak słowami Dumbeldorea, tymi, które wskazują na to, że jeżeli nic nie zrobi ze sprawą lwa, nie ma co liczyć na 2 rok w Hogwarcie, nie mówiąc już o odznace prefekta i wypadów do Hogsmade. Albus musi zacząć działać! Nie może pozwolić, żeby przez jakiegoś głupiego lwa zamek przestał istnieć! Mimo zakazu chodzenia na dodatkowe zajęcia, Al i tak nie musi odrabiać lekcji. Uzdrowicielka nakazała mu w tym czasie odpoczynek. Ale on musi rozwiązać zagadkę! Włóczył się po szkole w dzień i w noc z Mapą Huncwotów, uprzednio rzucając na siebie zaklęcie kameleona (Chamaeleonitus!) Nic jednak nie znalazł. Ani lwa, ani nic. A może go spotkał, tylko tego nie pamięta? Ale i tak się nie podda! Odnajdzie przejście do wieży! Był wieczór, wszyscy poszli już spać. Albus smacznie spał. Miał bardzo dziwny sen:
 
Pewien brunet na pierwszym roku w Hogwarcie szwendał się po korytarzach. W jednej ręce trzymał Mapę Huncwotów, a w drugiej różdżkę, z której sączyło się światło. Na mapce zauważył, że woźny Weborde zbliża się miejsca w którym aktualnie przebywał.               
- Nox - mruknął do różdżki. Zaszył się w koncie. Ręka na temblaku go zabolała, syknął cicho. Pech chciał, że woźny, który akurat przechodził, usłyszał to.
- Jest tu kto? - zawołał. Czekał minutę, po czym wzruszył ramionami i poszedł dalej. Brunet odetchnął z ulgą. Aktualnie zmierzał na strych, na mapce zauważył coś intrygującego, mianowicie "Ołtarz". Chciał się dowiedzieć co to jest. Był już na 8 piętrze, czyli na ostatnim. Znajdował tu się jedynie pokoik woźnego, ale ten akurat sprzątał wielką salę. Uczeń odnalazł klapę na strych.
- Alohomora! - kłódka błyskawicznie odskoczyła. Schodki zjechały na dół. Uczeń wszedł po nich na górę. Zobaczył przed sobą "ołtarz". Coś cudnego! Był to szklany witraż przedstawiający 4 założycieli Hogwartu razem z ich "pupilkami": Godryk Gryffindor z lwem i swoim mieczem, Helga Hufflepuff z borsukiem i swoją czarką, Rowena Rawenclaw z krukiem na ramieniu i diademem na głowie i Salazar Slytherin z młodym bazyliszkiem i medalionem na szyi. Bazyliszek jednak wyglądał jak zwykły wąż, taki był mały, młody
- Chamaeleonitus! - szepnął brunet. Ołtarz stał się niewidzialny.
- Muszę sobie zapamiętać... stoi obok beżowego krzesła i rzeźby lwa. - i wyszedł zacierając wszystkie ślady swojej obecności. Jego zielone oczy świeciły w ciemności. Jakim cudem? Nikt się tego nie dowie... a może?

Albus obudził się ciężko dysząc. Była 1:00 w nocy. Mimo kilku godzinnego snu, czuł, jakby w ogóle nie spał. Próbował zasnąć, bezskutecznie. Postanowił sprawdzić ów ołtarz. Wziął różdżkę i wycelował w siebie:
- Chamaeleonitus - mruknął. Chwycił mapę Huncwotów.
- Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego - wyrecytował. Woźny sprzątał w wielkiej sali, a po za tym wszyscy byli w swoich łóżkach. Chłopak wyszedł z dormitorium na palcach. Nie chciał nikogo budzić. "Ciekawe, w moim śnie też sprzątał w wielkiej sali" - pomyślał, po czym wzruszył ramionami - "Przypadek!". Lecz w jego głowie rozbrzmiały słowa - "Nie sądzę". Był już na 7 piętrze. Zerknął na mapę. "Oh mean! Zapomniałem, że Roxie ma dziś patrol". Ale spokojnie. Była na 2 piętrze w klasie transmutacji. Bóg wie, co ona tam robiła. Albus był już na 8 piętrze. Odnalazł klapę, otworzył ją, wszedł na górę. Jego oczom ukazał się stary strych, nie używany od wieków. Chłopak rozejrzał się. Zauważył beżowe krzesło i po drugiej stronie pokoju, rzeźbę lwa.
- Homenum revelio! - ukazał mu się ołtarz. Był jak z tego snu! Świetny! Albus wpatrywał się w niego godzinami. Była 5:23 dokładnie, gdy opuścił strych. Oczy mu świeciły. Ale było już jasno, więc tego nie zauważył. Poczuł się silny! Po co on miał tą rękę na temblaku? Około 8:00 poszedł do pani Bones, która była bardzo zaskoczona, jak ręka się trzyma. Zdjęła gips i zapytała się pana Pottera czy może on kontynuować dodatkowe zajęcia i quiddith. O dziwo... zgodził się! Albus był bardzo szczęśliwy. Właśnie szedł na dodatkowe zaklęcia. Profesor Cherks jeszcze nie było ale był tam...

piątek, 11 kwietnia 2014

Zagrożenie Rozdział XII

Ferie świąteczne pomału się kończyły. Jutro mieli pojechać do Hogwartu. Albus dwa razy ograł ojca w "Quiddith - strategia, szybkość, umiejętność". Fałszoskop bardzo mu się przydał, a Jamesa doprowadzał do szału. Wystarczy, że Albus wyjął go przy obiedzie, a zaczął migać na czerwono. No właśnie... ale co z obiadem było źle? Tak się składa, że James lubił wrzucać różnego rodzaju wymiotki pomarańczowe, krwotoczki truskawkowe i wiele, wiele innych paskudstw do obiadu brata. Książka pod tytułem "Fascynujący świat mugoli" była tak nudna jak wszystkie lekcje profesora Binsa razem wzięte, czego nie można było powiedzieć o "Dziesięć kroków do Prefekta Naczelnego" i "Wszystko o Quiddithu". Albus postanowił, że będzie prefektem. Punkt nr 1 to "Podlizywanie się nauczycielom". Hmm... da się zrobić. I tak jest najlepszy w klasie. Gorzej było z punktem nr 8. "Donoś na zachowania niezgodne z regulaminem szkolnym. Nawet jeśli to twoi koledzy". Na Evcha można spokojnie donieść. Ale na Scorpiusa czy Treya... już gorzej. Z książki "Wszystko o Quiddithu" dowiedział się, jakie manewry wykorzystać w jakiej sytuacji. Jeśli chodzi o sweter od babci, nigdy go już nie włoży. Na mapie Huncwotów zauważył, że Steve często siedzi w skrzydle szpitalnym przy tej krukonce, Sarah Smive. Ciekawe... Mimo tego wszystkiego, Albus naprawdę się nudził. W końcu postanowił, że poćwiczy quidditha. Może zobaczy jak wyjdzie mu Zmyła Sedcimsa. Wyszedł na boisko. Dosiadł swojego Pioruna, odepchnął się nogami od ziemi i leciał. Poczuł się wolny. Wypuścił znicz. Poleciał do niego. Nachylił się i nagle dopadł go straszliwy ból. W końcu stracił przytomność.
- Nie możliwe... Cruciatus u nas w dworku?
- A jednak! A może...
- Chyba nie myślisz, że to Inisus?
- Może.
- NIE! Nie wpuściłbym do dworku Richarda Inisusa! Nigdy!
- Jeśli chodzi o zbrodnie, to Inis przewyższa samego, kochanego Voldzia.
- Myślisz, że on żyje? Inisus? Słyszałem, że stworzył 9 Horkruksów! No a cząstka duszy w jego ciale daje 10 hmm... żyć.
- Nie możliwe...
- A jednak!
- Nie...
- TAK! - Albus wracał do siebie. Był w skrzydle szpitalnym. Obok stał wujek Ron i jego ojciec.
- Ile tu leżę? - zapytał z nienacka Albus. Wujek Ron podskoczył ze strachu, natomiast pan Potter odpowiedział:
- Tydzień.
- Co? Dlaczego? Gdzie moje rzeczy? I co to za Inisus?
- Tak więc... co. A to, że zostałeś potraktowany Cruciatusem gdy ćwiczyłeś quidditha. Dlaczego. Dlatego, że wiedziałem, że tak młody organizm nie wróci do zdrowia za szybko. Twoje rzeczy są w tej szafie - wskazał na biały mebel. - Co do Inisusa, nie mogę ci powiedzieć.
- Ok. Wziąłeś mi moje wszystkie prezenty ze świąt? - zapytał Albus
- Nie.
- Czego nie wziąłeś? - zapytał z rozpaczą w głosie chłopak.
- Sweterka od babci... - powiedział pan Potter. Na to cała trójka wybuchnęła śmiechem.
- A wy jaki kolor dostaliście? - zapytał zaciekawiony dzieciak. Wujek zwiesił głowę.
- Kasztanowy. - Harry parsknął śmiechem.
- Ja dostałem błękitny. - powiedział.
- Tobie zawsze daje najlepsze kolory... - powiedział Ron. Albus spróbował wstać.
- Hola, hola! Kolego! Nie tylko dostałeś Cruciatusem, ale i spadłeś z 50 stóp! A potem próbowali cię dobić Sectusemprom. Dobrze, że stałem w oknie, bo bez szybkiego zaklęcia Episkey nie przeżył byś. Szkoda, że ci ludzie byli w kominiarkach!
- A kiedy wyjdę? - zapytał naprawdę przerażony Albus.
- Niedługo, ale nie będziesz mógł grać w quiddi...
- NIE! JA  M U S Z Ę  GRAĆ! JEŚLI NIE BĘDĘ TEGO ROBIĆ, PUCHONI WYGRAJĄ FINAŁ! ROZUMIESZ? PUCHONI!
- Albusie Severusie Pot... - zaczął pan Potter, ale syn brutalnie mu przerwał.
- To niemożliwe... ja MUSZĘ grać!
- Twoje zdrowie i kości są teraz bardzo kruche! Wystarczy, że dostaniesz tłuczkiem, a możesz złamać sobie kręgosłup!
- Pani Bones umie naprawiać pęknięcia, złamania...
- Wiem, ale kiedy to tak ważna część ciała, bardzo boli. A nie pozwolę ci na więcej bólu. Zawiodłem jako ojciec, tam w ogrodzie.
- Wcale nie! Pozwól mi grać. - Albus zrobił maślane oczy.
- Nie.
- Proszę...
- NIE! To moje ostatnie słowo.
- A co wy tu robicie?- zapytał nadąsanym tonem chłopak.
- Będziemy mieć wykład o pokonaniu Voldka. - powiedział znudzonym tonem wujek Ron. - Co roku mamy takie gów...
- Ron!- krzyknął pan Potter.
- Eee... takie nudy. - powiedział zdezorientowany rudzielec. - Zastanawia mnie jedno. Skoro ktoś chciał zabić Ala, to dlaczego po prostu nie strzelił w niego Avadą? - zapytał wujek.
- No właśnie, no właśnie... - odparł pan Potter. - idziemy, Ron. - i wyszli. Albusa codziennie odwiedzali przyjaciele. Rose prawie go udusiła ("przytuliła"). W noc tuż przed opuszczeniem skrzydła szpitalnego wniesiono bełkoczącego chłopaka. Albus od razu poznał ten głos. Na łóżku obok leżał Anthony Evich. W pokoju był jeszcze Dumbeldore, pani Bones i... Harry Potter.
- Własna wyspa... władza... chwała...- bełkotał co bełkotali zwykle bełkoczący. Potem jednak:
- Unicestwienie Albusa Pottera... własny horkruks... przyłączenie się do Inisusa... - Wszyscy w pokoju byli w szoku, kiedy zaczął gadać o tych wszystkich złych rzeczach. Tylko co to horkruks?
- H-horkruks? Jego powinno się odizolować od innych uczniów! Do Inisusa? Zwariował! - krzyczał Dumbeldore. Pani Bones nałożyła opaskę na usta Evicha (to był nowy patent na stłumienie bełkotów w skrzydle szpitalnym) mówiąc:
- Ciszej! Obudzi pan  Albusika! Biedaczek! Dostać Cruciatusem w tym wieku...
- Jedno jest pewne, moi drodzy. Jeśli te ataki nie ustaną, to będzie koniec Hogwartu. 

środa, 9 kwietnia 2014

Boże Narodzenie w rezydencji Potterów Rozdział XI

Albus, Scorpius i Trey właśnie wsiadali do ekspresu Hogwart - Londyn. Był 24 grudnia. Właśnie szukali wolnego przedziału i natknęli się na prawie pusty z tyłu. Siedziały tam jedynie Rose i jej przyjaciółka Sylvie Lagrene.
- Można się dosiąść? - zapytał Scorpius.
- Oczywiście - powiedziała Rose. W podróży wykorzystali ostatnie chwile, kiedy mogli korzystać z magii. Grali w eksplodującego durnia i gargulki. Nie zauważyli jak szybko minął czas.
- Coś z wózka? - pora obiadowa.
- 2 czekoladowe żaby - Sylvie
- 4 czekoladowe żaby i 1 pasztecik z dyni - Rose
- Fasolki wszystkich smaków - Trey
- Lukrecjowa pałka i 3 czekoladowe żaby - Scorpius
- 6 czekoladowych żab, 2 lukrecjowe pałki, fasolki wszystkich smaków i musy-świrusy - Albus. Zapłacili i czarownica poszła do sąsiedniego przedziału.
- Musisz być głodny... - powiedział Scorpius z rozbawieniem patrząc na pochłaniającego słodycze w zastraszającym tempie bruneta.
- Jeszcze jak! - zawołał zielonooki. Doszedł do czekoladowych żab.
- Kolejny Albus Dumbeldore, Ron Weasley, Hermiona Weasley, Grindelwald, Roman Fortik... O! karta Fravourie! Nie no, nie wierzę! HELGA HUFFLEPUFF! Brakuje mi tylko Ravenclaw!
- Ale cool! - zawołała Sylvie.
- A wiesz, że Albus ma już Slytherina i Gryffindora?
- Nie no, poważnie? Wymień się - nalegała Rosie
- Żartujesz? Zobacz co jest na drugiej stronie tego cuda!
- "Jedyny egzemplarz na świecie", czyli się nie wymienisz? - zapytała rozgoryczona Rose
- Yyyy... nie. - Ruda ciężko westchnęła. Szkoda.
- No proszę! Kogo moje oczy widzą. Szlamę ze zdrajczynią krwi. - do przedziału wszedł Evich w towarzystwie Goyla i Zabiniego. Cóż, Sylvie faktycznie była mugolaczką.
- No cóż, ja przynajmniej nie mieszkam z świstakami w norze - odpaliła Lagrene. To nie była prawda. Evichowie byli jedną z tych starych, bogatych czarodziejskich rodzin czystej krwi. Na twarz Anthony'ego wpłynął drwiący uśmiech.
- Jestem arystokratą. Czystej krwi. Mam dwór z basenem. Przebijesz?
- Ja tak. Jestem arystokratą. Czystej krwi. Mam dwór z basenem, skrzatem domowym i mini boiskiem do quidditha. - powiedział Albus. To prawda. Po pokonaniu Voldemorta, jego ojciec dostał tytuł arystokracki, order merlina 1 klasy i posadę szefa biura aurorów. Mimo, że naprawdę tego nie chciał. No, może oprócz tego ostatniego...
- Kim jest twój ojciec? Mój jest jednym z ludzi Arthura Weasleya, konfiskuje niebezpieczne przedmioty. - nie wiedzieć czemu, w głosie ślizgona zabrzmiała duma.
- Szef biura aurorów - Evichowi mina zrzedła.
- Matka? Moja, Departament ochrony mugolaków - powiedział zbity z tropu wąż. Albus parsknął śmiechem.
- Kapitan Harpii z Holyhead. - powiedział gryfon z rozbawieniem obserwując kipiącego ze złości Evicha.
- Spokój! - zawołał Scorpius.
- Malfoy? Syn DRACONA MALFOYA? - zapytał z niedowierzaniem Goyle.
- Tak, to ja.
- Stary, dlaczego nie śpisz z nami w dormitorium? - zapytał przyjacielskim tonem Zabini. Na to Scorpius wyciągnął szkarłatno - złotą broszę.
- GRYFON?! - Wrzasnął znów Goyle. - T-to dla tego jesteś z nimi w przedziale.
- Pierwszy zdrajca krwi w rodzinie, co? - zapytał Kevin natychmiast zmieniając ton. Był drwiący.
- Martiocedio!- krzyknął Albus . Zabini, Evich i Goyle zostali opętani przez ognisty promień. Wylecieli z wrzaskiem z przedziału.
- Nic im się nie stanie? - zapytała nieco zmartwiona Rose. Reszta parsknęła śmiechem.
- Po pierwsze. Czy tobie przypadkiem nie żal tych pacanów? Po drugie. Nie, bo te płomienie są zimne. Ale zanim oni się zorientują... Każdy głupi wie, że te płomienie są niegroźne. No proszę, wyszedł prawie wierszyk - powiedział Al. Policzki Rose zrobiły się czerwone. Nie lubiła, gdy ktoś mówi coś, o czym ona nie wie. A szczególnie Albus. Po tym Magna infutrig... coś tam był mądrzejszy od niej! Wszystkie wieczory spędzone z mamą aby tak jak ona stać się najlepszą uczennicą w szkole, poszły na marne. On był ulubieńcem Dumbeldore'a. On, nie ona na każdej lekcji zdobywał dla Gryffindoru punkty. Była... zazdrosna.
- No proszę... Chyba dojeżdżamy! - krzyknął Trey. Faktycznie, parowóz zwalniał. Zobaczyli dworzec Kings Kross, a na nim mnóstwo czarodziejów. Ojca Scorpiusa, wujka Rona, ciocię Hermionę i...
- Mamo! Tato! - Albus wyleciał z pociągu aby uściskać rodziców.
- Cześć Albusie! - zawołał pan  Potter.
- Rodzice, chcę wam przedstawić Scorpiusa i Treya. - przyjaciele chłopca nieśmiało podeszli do jego ojca.
- Miło mi, ojciec Albusa, Harry Potter- mężczyzna uścisnął im dłonie wpatrując się wciąż w Scorpiusa.
- Co się tak na niego gapisz, Potter? - usłyszeli lodowaty głos za plecami.
- To przyjaciel mojego syna! - wycedził przez zęby brunet. Draco wyglądał na zbitego z tropu. Zapomniał, że jego rodzony syn został gryfonem. I pierwszym zdrajcą krwi w rodzinie.
- Scorpius, idziemy! - zarządził w końcu blondyn.
- Chcę się pożegnać z przyjaciółmi. - odparł spokojnie.
- IDZIEMY!
- NIE! CHCĘ SIĘ Z NIMI  P O Ż E G N A Ć ! - wrzasnął młody Malfoy. Jak chciał, potrafił być głośny.
- Cześć Trey, na razie Albus. - jego ojciec chwycił go za ramię i się deportowali.
- Cześć Trey.
- Pa Al. - drugi przyjaciel zagłębił się w tłumie szukając matki (jego ojciec był mugolem)
- No, nareszcie koniec tego cyrku. Albusie, co ci wpadło do głowy aby przyjaźnić się z Malfoyem?- zapytał ojciec.
- Jakoś tak wyszło - odparł chłodno, przez co jego ojciec wpadł w zakłopotanie.
- Chodź, jedziemy. Do domu. Wsiedli do BMW wujka Rona. Polecieli do rezydencji Potterów.
                                                 **********************************

Wszyscy zasiedli do kolacji w rezydencji Potterów. Wszyscy czyli: Dziadek Arthur, Babcia Molly, Wujek Bill, ciocia Fleur, ze swoimi dziećmi, Vicorie, Dominiqe i Louisem. Wujek Charlie z ciocią Isabell, którzy nie mieli dzieci, wujek Percy z ciocią Penelopą, Łucją i Molly, wujek George z ciocią Angeliną, Fredem i Roxie, wujek Ron z ciocią Hermioną, Rose i Hugonem i oczywiście Harry i Ginny wraz z Jamesem, Lily i Albusem. W krótce pojawił się też Ted Lupin. Zaczynali kolację. Jedli w milczeniu. W końcu ciocia Hermiona posłała wszystkie dzieci spać. Albus wszedł po marmurowych schodach na 1 piętro i otworzył dębowe drzwi ze złotym napisem Nie wchodzić bez pozwolenia Albusa Severusa Pottera. Otworzył je. Znalazł się w swoim pokoju. Dużo się pozmieniało. Ściany były szkarłatno-złote. Wszędzie wisiały plakaty z Hogwartem, herbem Gryffindoru i jego ulubioną drużyną quidditha. Zjednoczeni z Pudlemere. Pokój był świetny. Łóżko było ze złota, z czerwoną kołdrą z jedwabiu. Chłopak przypomniał sobie, że ma wysłać prezenty przyjaciołom. Dla Treya nową pałkę, a dla Scorpiusa koszulkę z napisem " Jestem gryfonem". Niby głupi prezent, ale wyraźnie to sobie zażyczył.
- Seeker, chodź tu. - powiedział do sowy brunet. Doczepił mu do nóżki prezenty dla przyjaciół.
- Do Scorpiusa i Treya. - Szepnął. Puchacz wyleciał przez okno. Albus był bardzo zmęczony. Poszedł do łazienki, drzwi były obok biurka. Umył się, przebrał się w piżamę wskoczył do łóżka na poduszki i natychmiast zasnął. Śnił o tym, jak to dostaje kartę Roweny Ravenclaw. Nagle obudziła go mama.
- Albus! Prezenty! - chłopak szybko zbiegł na dół. Oto co zobaczył:
 
 
 
 
Dostał jak zwykle masę prezentów. Dziwne było tylko to, że wszystkie były w szkarłatnych opakowaniach.


 
 
 
Czasami dobrze jest mieć dużą rodzinę... Albus zaczął rozpakowywać paczki. Od Babci Molly dostał szkarłatny sweter z lwem na piersiach, od dziadka Arthura książkę pod tytułem "Fascynujący świat mugoli", od cioci Hermiony i wujka Rona dostał wielkie pudło słodyczy z Miodowego Królestwa, czyli: Fasolki wszystkich smaków, czekoladowe żaby, musy-świrusy, cukrowe pióra deluxe, gumy drooblesy, lodowe kulki, pieprzne diabełki, lukrecjowe pałki i nowość: uciekający lizak. Od cioci Penelopy i wujka Percy'ego książkę pod tytułem "Dziesięć kroków do Prefekta Naczelnego". Albus musiał przyznać, że go to zainteresowało. Od wujka Charliego i cioci Isabell dostał żaroodporną kominiarkę, od wujka Billa i cioci Fleur fałszoskop, od wujka Georgea wielką pakę najnowszych Dowcipów Weasleyów, od cioci Angeliny książkę "Wszystko o Quiddithu". Od Treya dostał list z podziękowaniem za prezent i wielki komplet plakatów, z Harrym Potterem, Hogwatem, Herbem Gryffindoru, ze Zjednoczonymi i powiększone zdjęcie Treya, Scorpiusa i Albusa na peronie. Od Scorpiusa dostał grę o nazwie "Quiddith - strategia, szybkość, umiejętność". Coś rewelacyjnego! W środku było mini-boisko i małe ludziki. Było ich czternaście, zostały zrobione na podobiznę drużyn do quidditha: Osy z Wimbourne i Zjednoczeni. Gra polegała na dobrym obmyślaniu dobrej strategii. Ludzikami sterowało się głosem. Został tylko prezent od rodziców. Płaska koperta. Była lekka. W środku mogło być coś z papieru, więc ostrożnie ją otworzył. Ze środka wypadł kawałek niezapisanego pergaminu i kartka - list. Chłopiec ją przeczytał.
 
 
                                                                           Drogi Albusie!
To mapa Huncwotów. Aby ujawniła swój sekret, musisz o nią stuknąć różdżką i powiedzieć "Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego". Lecz aby nikt jej nie odczytał, po zakończeniu  "psot" po prostu znów stuknij różdżką i powiedz "Koniec psot!". Możesz ją wypróbować.
                                                                                                       
                                                                                                           Mama i Tata
 
PS Nie mów Jamesowi, że dostałeś mapkę. Obiecaliśmy, że damy mu pelerynkę, ale na razie twojemu tacie potrzebna jest w pracy. Będzie zły, kiedy dowie się, że dostałeś to, co dostałeś. To bardzo cenna rzecz. Pilnuj jej. Nie dostaniesz pelerynki, bo chyba znasz zaklęcie, które czyni niewidzialnym, prawda? A, i jeszcze jedno. Podoba Ci się twój odmieniony pokój?
 
"Skoro James nie może widzieć tego, to pójdę do swojego pokoju. Przy okazji odniosę prezenty." - pomyślał Albus. Musiał kilka razy kursować z dołu do góry, z góry do dołu. W końcu usiadł na łóżku. Wyciągnął pergamin i mapę i powiedział "Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego". Tak szczerze, to myślał, że rodzice robią go w balona. Mylił się jednak całkowicie. Ukazał się napis
                              
                                              Panowie Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz,
                                         zawsze uczynni doradcy czarodziejskich psotników,
                                                            mają zaszczyt przedstawić
                                                             MAPĘ HUNCWOTÓW
Pod napisem rozciągała się mapa Hogwartu. Były tam przejścia, których Albus jak dotąd nie widział. Lecz najbardziej niezwykłe było to, że były tam kropki i IMIONA I NAZWISKA osób, a kropki się RUSZAŁY. Steve Cockiedy siedział w bibliotece. Dumbeldore przechadzał się korytarzem na 2 piętrze. Było jeszcze kilka kropek, ale było ich mało, większość osób wyjechało do rodziny. "Koniec psot!" mruknął Albus, po czym włożył mapkę do kufra. To były cudowne święta.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Bunt o nazwie KIŚBSPGIP Rozdział X

Sobrynuki były jeszcze bardzo młode. Ich pobudzające działanie można wykorzystać dopiero gdy dorosną. Okres dorastania to mniej więcej 5 miesięcy. Jak na razie pani Bones chodzi z zatyczkami w uszach, bowiem ma dość bełkotów w skrzydle szpitalnym. Albusowi udało się wyczarować patronusa. Ma kształt lwa. Był naprawdę duży. Prof. Wierfs był zaskoczony.
- W twoim wieku nie udało mi się wyczarować patronusa, wiesz? - mówił zawsze kiedy go spotykał. Dodatkowe zajęcia robiły się coraz trudniejsze. A wliczając w to treningi quidditha, było naprawdę ciężko. Ale Albus naprawdę miał luźno w porównaniu z innymi pierwszoroczniakami. Oni musieli odrabiać lekcje z OPCMów, transmutacji, eliksirów i zaklęć. W wolnych chwilach młody Potter chadzał do Hagrida. Rozmawiał z półobrzymem o wszystkim i o niczym. Wczoraj zaczął padać śnieg. Cóż, nie było to dziwne, był już 17 grudnia. Albus, Trey i Scorpius weszli na śniadanie do wielkiej sali. Było tu coś dziwnego. Ślizgoni i Krukoni trzymali tabliczki z napisami takimi jak ten:










Na dodatek wrzeszczeli : My dumni srebrni uczniowie nie damy sobą pomiatać złotym! Niech żyje Salazar Slytherin! Niech żyje Rowena Rawenclaw! Niech żyje nasza nowo narodzona przyjaźń! Niech żyje dwójka srebrnych domów! Niech na wieki ustalone będzie, że to srebrny przewyższa złoty... - i tak dalej. Ze stołu wstała zastępczyni dyrektora, Alice Sprinete. W sumie nic nigdy nie zrobiła, ale była córką ministra magii, Kingsleya Shackelbota. Wyszła za mąż za milionera, Andrewa Sprinete. Minister zawsze załatwiał rodzinie i dobrym znajomym ciepłe posady. Wszyscy byli zdziwieni, że wstała. Jej dzień był taki: śniadanie, odpoczynek, obiad, odpoczynek, kolacja, odpoczynek, sen. Wydarła się na całą salę.
- Ciszaaa! Ogłaszam koniec tych dyrdymałek! Śniadanie i na lekcje! Ravenclaw i Slytherin tracą po 30 punktów. - wrzeszczała. Krukoni i ślizgoni cicho jęknęli.
- Po minus dziesięć punktów od Ravenclawu i Slytherinu! Jak śmiecie protestować! - i zajęła się swoim śniadaniem.
- Ależ pani profesor! To nie był protest! Tylko jęknęliśmy! - odezwał się nie kto inny jak Anthony Evich.
- Slytherin otrzymuje 5 punktów za bronienie honoru domu, ale i minus 15 za ewidentny protest panie Evich! - wrzasnęła Sprinete. Ślizgoni, każdy co do joty rzucił Evichowi mordercze spojrzenie. Ponieważ stół zielonych był niedaleko stołu gryfonów, Albus usłyszał, że prefekt węży mówi do Anthonyego: " Szlaban, Evich". No cóż... gdyby Al był prefektem zrobiłby to samo. W końcu Slytherin stracił 50 punktów podczas jednego śniadania. Na zajęciach KAŻDY z zieloną broszą był przygaszony. To samo tyczy się krukonów. Akcja przy śniadaniu nie znaczyła wcale, że relacje wychowanków domu węża i domu kruka pogorszyły się. Evich stworzył nawet swoją "paczkę" a w niej był on, Goyle, Zabini, Emily Elood i to wszyscy ze Slytherinu, natomiast z Ravenclawu Yvonne
Bellum, Camille Libiry i Victor Prudesc. To był raczej jego fanklub. Każdy miał tam swoją funkcję. Zabini i Goyle wszystkich straszyli, aby trzymali się z dala od Evicha. Camille i Victor odrabiali mu prace domowe. Emily była w nim chyba troszeczkę zakochana, ale była kimś w stylu "przyniosę ci to, przyniosę ci tamto". Jeśli chodzi o Yvonne, to Evich chyba darzył ją najszczerszym uczuciem. Ona pełniła rolę dla chłopaka taką rolę jak Ginny dla Harry'ergo gdy byli w 4 klasie. Razem się śmiali i w ogóle. Albus zawsze patrzył na nich z politowaniem. Jakież to było żenujące! Szczegulnie dlatego, że ta cała Bellum ma chłopaka, puchona o imieniu Jack Stutif. Gryfon ciężko westchnął. Naprawdę się nudził. Scorpius i Trey odrabiali eliksiry. Poszedł do nich.
- Pokażcie to... co Darvy zadał?
Mamy napisać esej o nazwie 3 najważniejsze składniki eliksiru nienawiści .
- Jak to? To przecież banalne! Skórka boomslaga, skrzydła muchy i ogony szczura!
- Dzięki, Al- powiedzieli równocześnie przyjaciele.
- Spoczko- odpowiedział. - wiedzieliście nowy fanklub Evicha?
- No... co za żenada - westchnął Scorpius.
- Siemanko, co tam?- to powiedziały dwa jednolite głosy. To Fred i James.
- Nic ciekawego...
- Znacie najnowsze newsy?
- Nie. - odpowiedział zaskoczony Albus.
- Pracujemy w MAGICZNYCH DOWCIPACH WEASLEYÓW! - wykrzyknęli razem. - Tata/wujek chce rozwinąć interes w Hogwarcie!- krzyknęli podekscytowani.
- To... gratulacje - powiedział Albus. CO? Oni? W sumie to kręcą ich takie rzeczy...
- Nie ma mowy! - krzyknęła ruda dziewczynka, która właśnie przeszła przez portret grubej damy.
- Nie zgadzam się! Nie możecie! Pan Zeno nie zgodził się na MDW*w szkole! - wrzeszczała mała Rose.
- Rosie, nie utrudniaj! Poza tym, od kiedy robi się to, co Weborde zakazuje ?- powiedział zirytowany Fred.
- Nie mów tak! Pan Zeno jest bardzo fajny. I opowiada takie ciekawe historie...
- Ożeń się z nim. James, idziemy. - powiedział tym razem bardzo rozbawiony syn George'a.
- A, Al. Możesz nam pożyczyć Seekera? - zapytał jego brat.
- Nie... ostatnio poleciał z listem - odpowiedział. To była prawda. Napisał ojcu, że ostatnio nie wiadomo co się dzieje z krukonami i ślizgonami. Nie napisał nic jednak o ich domysłach.
- No to bierzemy jedną ze szkolnych sów... - powiedział James. - Hej.
- Cześć.
- Ojej! Zapomniałem odrobić pracę z zaklęć. Idź beze mnie, Fred. - powiedział najstarszy Potter. I pobiegł do portretu grubej damy, przeszedł przez dziurę i już go nie było.
- Idzie odrabiać lekcje bez książek? Bracie, dobrze się czujesz? - powiedział do siebie Fred. Albus miał wrażenie, że nie tylko on, Trey i Scorpius coś ukrywają.
* MDW - Magiczne Dowcipy Weasley'ów XD