Albus nareszcie wyszedł ze skrzydła szpitalnego. Miał rękę na temblaku i bardzo szybko się męczył. Pani Bones powiedziała, że nie zagrozi to jego mocą w przyszłości, ale na razie (przez następne dwa miesiące) nie może grać w quidditha i nie może chodzić na dodatkowe zajęcia (też przez dwa miesiące). Cóż, może wyzdrowieje przed wielkim finałem! Bardzo martwił się jednak słowami Dumbeldorea, tymi, które wskazują na to, że jeżeli nic nie zrobi ze sprawą lwa, nie ma co liczyć na 2 rok w Hogwarcie, nie mówiąc już o odznace prefekta i wypadów do Hogsmade. Albus musi zacząć działać! Nie może pozwolić, żeby przez jakiegoś głupiego lwa zamek przestał istnieć! Mimo zakazu chodzenia na dodatkowe zajęcia, Al i tak nie musi odrabiać lekcji. Uzdrowicielka nakazała mu w tym czasie odpoczynek. Ale on musi rozwiązać zagadkę! Włóczył się po szkole w dzień i w noc z Mapą Huncwotów, uprzednio rzucając na siebie zaklęcie kameleona (Chamaeleonitus!) Nic jednak nie znalazł. Ani lwa, ani nic. A może go spotkał, tylko tego nie pamięta? Ale i tak się nie podda! Odnajdzie przejście do wieży! Był wieczór, wszyscy poszli już spać. Albus smacznie spał. Miał bardzo dziwny sen:
Pewien brunet na pierwszym roku w Hogwarcie szwendał się po korytarzach. W jednej ręce trzymał Mapę Huncwotów, a w drugiej różdżkę, z której sączyło się światło. Na mapce zauważył, że woźny Weborde zbliża się miejsca w którym aktualnie przebywał.
- Nox - mruknął do różdżki. Zaszył się w koncie. Ręka na temblaku go zabolała, syknął cicho. Pech chciał, że woźny, który akurat przechodził, usłyszał to.
- Jest tu kto? - zawołał. Czekał minutę, po czym wzruszył ramionami i poszedł dalej. Brunet odetchnął z ulgą. Aktualnie zmierzał na strych, na mapce zauważył coś intrygującego, mianowicie "Ołtarz". Chciał się dowiedzieć co to jest. Był już na 8 piętrze, czyli na ostatnim. Znajdował tu się jedynie pokoik woźnego, ale ten akurat sprzątał wielką salę. Uczeń odnalazł klapę na strych.
- Alohomora! - kłódka błyskawicznie odskoczyła. Schodki zjechały na dół. Uczeń wszedł po nich na górę. Zobaczył przed sobą "ołtarz". Coś cudnego! Był to szklany witraż przedstawiający 4 założycieli Hogwartu razem z ich "pupilkami": Godryk Gryffindor z lwem i swoim mieczem, Helga Hufflepuff z borsukiem i swoją czarką, Rowena Rawenclaw z krukiem na ramieniu i diademem na głowie i Salazar Slytherin z młodym bazyliszkiem i medalionem na szyi. Bazyliszek jednak wyglądał jak zwykły wąż, taki był mały, młody
- Chamaeleonitus! - szepnął brunet. Ołtarz stał się niewidzialny.
- Muszę sobie zapamiętać... stoi obok beżowego krzesła i rzeźby lwa. - i wyszedł zacierając wszystkie ślady swojej obecności. Jego zielone oczy świeciły w ciemności. Jakim cudem? Nikt się tego nie dowie... a może?
Albus obudził się ciężko dysząc. Była 1:00 w nocy. Mimo kilku godzinnego snu, czuł, jakby w ogóle nie spał. Próbował zasnąć, bezskutecznie. Postanowił sprawdzić ów ołtarz. Wziął różdżkę i wycelował w siebie:
- Chamaeleonitus - mruknął. Chwycił mapę Huncwotów.
- Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego - wyrecytował. Woźny sprzątał w wielkiej sali, a po za tym wszyscy byli w swoich łóżkach. Chłopak wyszedł z dormitorium na palcach. Nie chciał nikogo budzić. "Ciekawe, w moim śnie też sprzątał w wielkiej sali" - pomyślał, po czym wzruszył ramionami - "Przypadek!". Lecz w jego głowie rozbrzmiały słowa - "Nie sądzę". Był już na 7 piętrze. Zerknął na mapę. "Oh mean! Zapomniałem, że Roxie ma dziś patrol". Ale spokojnie. Była na 2 piętrze w klasie transmutacji. Bóg wie, co ona tam robiła. Albus był już na 8 piętrze. Odnalazł klapę, otworzył ją, wszedł na górę. Jego oczom ukazał się stary strych, nie używany od wieków. Chłopak rozejrzał się. Zauważył beżowe krzesło i po drugiej stronie pokoju, rzeźbę lwa.
- Homenum revelio! - ukazał mu się ołtarz. Był jak z tego snu! Świetny! Albus wpatrywał się w niego godzinami. Była 5:23 dokładnie, gdy opuścił strych. Oczy mu świeciły. Ale było już jasno, więc tego nie zauważył. Poczuł się silny! Po co on miał tą rękę na temblaku? Około 8:00 poszedł do pani Bones, która była bardzo zaskoczona, jak ręka się trzyma. Zdjęła gips i zapytała się pana Pottera czy może on kontynuować dodatkowe zajęcia i quiddith. O dziwo... zgodził się! Albus był bardzo szczęśliwy. Właśnie szedł na dodatkowe zaklęcia. Profesor Cherks jeszcze nie było ale był tam...
- Nox - mruknął do różdżki. Zaszył się w koncie. Ręka na temblaku go zabolała, syknął cicho. Pech chciał, że woźny, który akurat przechodził, usłyszał to.
- Jest tu kto? - zawołał. Czekał minutę, po czym wzruszył ramionami i poszedł dalej. Brunet odetchnął z ulgą. Aktualnie zmierzał na strych, na mapce zauważył coś intrygującego, mianowicie "Ołtarz". Chciał się dowiedzieć co to jest. Był już na 8 piętrze, czyli na ostatnim. Znajdował tu się jedynie pokoik woźnego, ale ten akurat sprzątał wielką salę. Uczeń odnalazł klapę na strych.
- Alohomora! - kłódka błyskawicznie odskoczyła. Schodki zjechały na dół. Uczeń wszedł po nich na górę. Zobaczył przed sobą "ołtarz". Coś cudnego! Był to szklany witraż przedstawiający 4 założycieli Hogwartu razem z ich "pupilkami": Godryk Gryffindor z lwem i swoim mieczem, Helga Hufflepuff z borsukiem i swoją czarką, Rowena Rawenclaw z krukiem na ramieniu i diademem na głowie i Salazar Slytherin z młodym bazyliszkiem i medalionem na szyi. Bazyliszek jednak wyglądał jak zwykły wąż, taki był mały, młody
- Chamaeleonitus! - szepnął brunet. Ołtarz stał się niewidzialny.
- Muszę sobie zapamiętać... stoi obok beżowego krzesła i rzeźby lwa. - i wyszedł zacierając wszystkie ślady swojej obecności. Jego zielone oczy świeciły w ciemności. Jakim cudem? Nikt się tego nie dowie... a może?
Albus obudził się ciężko dysząc. Była 1:00 w nocy. Mimo kilku godzinnego snu, czuł, jakby w ogóle nie spał. Próbował zasnąć, bezskutecznie. Postanowił sprawdzić ów ołtarz. Wziął różdżkę i wycelował w siebie:
- Chamaeleonitus - mruknął. Chwycił mapę Huncwotów.
- Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego - wyrecytował. Woźny sprzątał w wielkiej sali, a po za tym wszyscy byli w swoich łóżkach. Chłopak wyszedł z dormitorium na palcach. Nie chciał nikogo budzić. "Ciekawe, w moim śnie też sprzątał w wielkiej sali" - pomyślał, po czym wzruszył ramionami - "Przypadek!". Lecz w jego głowie rozbrzmiały słowa - "Nie sądzę". Był już na 7 piętrze. Zerknął na mapę. "Oh mean! Zapomniałem, że Roxie ma dziś patrol". Ale spokojnie. Była na 2 piętrze w klasie transmutacji. Bóg wie, co ona tam robiła. Albus był już na 8 piętrze. Odnalazł klapę, otworzył ją, wszedł na górę. Jego oczom ukazał się stary strych, nie używany od wieków. Chłopak rozejrzał się. Zauważył beżowe krzesło i po drugiej stronie pokoju, rzeźbę lwa.
- Homenum revelio! - ukazał mu się ołtarz. Był jak z tego snu! Świetny! Albus wpatrywał się w niego godzinami. Była 5:23 dokładnie, gdy opuścił strych. Oczy mu świeciły. Ale było już jasno, więc tego nie zauważył. Poczuł się silny! Po co on miał tą rękę na temblaku? Około 8:00 poszedł do pani Bones, która była bardzo zaskoczona, jak ręka się trzyma. Zdjęła gips i zapytała się pana Pottera czy może on kontynuować dodatkowe zajęcia i quiddith. O dziwo... zgodził się! Albus był bardzo szczęśliwy. Właśnie szedł na dodatkowe zaklęcia. Profesor Cherks jeszcze nie było ale był tam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz